Witajcie, Kochane :)
Dzisiejszy wpis Zajenca natchnął mnie do wspomnień. Kilka lat temu, kiedy to studiowałam jeszcze na pierwszym kierunku, hehe, tułałam się po kilku stancjach, a każda z nich była niepowtarzalna. Jedna z nich, na przykład, znajdowała się w starej kamienicy w centrum miasta. Mieszkanie było ogromne, puste i lekko zdewastowane. Moje koleżanki, gdy pierwszy raz tam weszły, w kuchni zastały taki oto obrazek: po środku dużego pomieszczenia stoi stary, wyliniały fotel, przed nim stoją kapcie, a w oparcie wbity jest widelec. Nie wierzycie? Ja też nie wierzyłam, dopóki dziewczyny nie pokazały mi zdjęcia.
Ale nie o tym miałam pisać. Inna stancja znajdowała się na trzeciej kondygnacji domu rodzinnego, na poddaszu. Miałam tam swój pokój z dość potężnym skosem, a całe pomieszczenie, wraz z sufitem obłożone było boazerią. Jesienią, gdy się wprowadzałam, pokój wydał mi się dość przytulny. Jednak gdy nadeszły pierwsze mrozy, okazało się, że ciepło "nie dociera" (jak twierdził właściciel) do kaloryferów na górze i w pokojach mieliśmy, w zależności od temperatury na zewnątrz od 10 do 15* stopni Celcjusza. Śmialiśmy się, że kaloryfery są indukcyjne - grzanie zimne w dotyku. Czasami nie mogłam zasnąć, ponieważ marzł mi nos :)
Czarę goryczy przelał incydent, który miał miejsce gdzieś w połowie lutego. Budzę się rano, a tu obok mojego łóżka(!) stoi właściciel, zwany przez nas pieszczotliwie Dziadem, z kijem od mopa. Zatkało mnie. A on do mnie: "Pani śpi, Pani, śpi, ja tylko sople postrącam". W życiu nie przytrafiło mi się żadna aż tak surrealistyczna sytuacja. Dziś turlam się ze śmiechu, gdy tylko sobie o tym przypomnę, jednak wtedy nie było mi do śmiechu.
Urzekła Was moja historia?
Macie jakieś ciekawe wspomnienia z czasów studenckich,
którymi mogłybyście się podzielić?
*To, że wymarzliśmy zimą, w pełni rekompensował nam czerwiec, kiedy to temperatura w pokojach sięgała nawet 40 stopni Celcjusza (nie Rahrenheita ;)).